„Panna młoda” Odc. 236 — streszczenie

Wieczorem Derya przyniosła do salonu tacę z herbatą. Postawiła ją na niskim stoliku, między dwiema kanapami, a potem usiadła naprzeciw Cemila. W pokoju paliła się tylko stojąca obok lampka, rzucając ciepłe światło na zasłony i szklanki z ciemnym naparem.

— Nie uwierzysz, co dziś widziałam — zaczęła z przejęciem. — Nawet przez myśl mi nie przeszło, że kiedykolwiek zobaczę coś takiego. W życiu!

Reklama

Cemil, który właśnie sięgnął po herbatę, westchnął ciężko.

— Derya, proszę cię, oszczędź mi tych długich wstępów i przejdź do rzeczy.

Nachyliła się ku niemu, jakby miała zdradzić największą tajemnicę świata.

— Widziałam Beyzę w salonie Yoncy! — wypaliła.

Derya siedzi naprzeciwko Cemila, jedną ręką trzyma go za dłoń, a drugą odchyla jego głowę do tyłu.

ad

Cemil aż zakrztusił się herbatą. Zaczął kaszleć, a Derya natychmiast poderwała się z miejsca. Odchyliła mu głowę, poklepała go po plecach i z niepokojem dotknęła jego czoła.

— Boże, nie pij tak łapczywie!

— Wpadła mi nie tą dziurką… — wykrztusił Cemil, czerwony na twarzy. Po chwili uniósł wzrok. — Derya… powiedziałaś, że widziałaś Beyzę?

— Tak. Na początku myślałam, że przyszła odwiedzić Yoncę, ale nie. Ona tam pracowała. Zbierała śmieci, była ubrana jak zwykła pomocnica. Znasz Beyzę. Wiesz, że normalnie prowokuje mnie od pierwszej sekundy, kiedy tylko mnie zobaczy. A dziś? Gdy mnie zauważyła, od razu uciekła do środka.

Cemil ostrożnie odstawił szklankę.

— Weszła do salonu i… co było dalej?

— A co miało być dalej? — Derya spojrzała na niego znacząco. — Lepiej zastanów się, co Beyza robiła u Yoncy. Czy to możliwe, że Cihan wyrzucił ją z rezydencji? Bo po co inaczej miałaby tam być? Powiem ci szczerze, byłabym chyba tak samo zaskoczona, gdybym zobaczyła tam ciebie.

— Mnie? — Cemil założył nogę na nogę i parsknął nerwowym śmiechem. — Derya, nie bądź śmieszna, proszę cię. To niemożliwe. Chociaż… właściwie mogłabyś mnie tam zobaczyć. Na przykład gdybym wpadł na herbatę. W końcu to nic złego, prawda? Co byś wtedy zrobiła?

Twarz Deryi natychmiast stężała. Zniknęło z niej całe rozbawienie. Powoli odstawiła szklankę na stolik, pochyliła się ku mężowi i utkwiła w nim lodowate spojrzenie.

Reklama

— Zdziwiłabym się — powiedziała cicho. — A potem bym cię udusiła, Cemilu. Zapamiętaj sobie dobrze: nie możesz nawet przechodzić obok tego salonu. Inaczej wyrwę ci wszystkie włosy. Będziesz łysy!

Cemil zbladł i odruchowo dotknął swojej głowy, jakby chciał sprawdzić, czy włosy wciąż były na miejscu.

— Proszę cię… Bycie łysym zupełnie by mi nie pasowało.

— Oczywiście, że nie — odparła twardo. — Tak samo jak przebywanie w salonie Yoncy.

Cemil zamilkł. Wziął herbatę do ręki i udawał, że cała rozmowa wcale go nie dotyczyła. W rzeczywistości spędził w salonie Yoncy prawie cały dzień. Doradzał klientkom kolory, mieszał farby i zarabiał na tym całkiem dobre pieniądze.

Teraz jednak wiedział jedno: jeśli Derya pozna prawdę, żadne pieniądze go nie uratują.

***

Engin zaparkował samochód przy ogrodzeniu i zamknął drzwi. Noc była chłodna, a światło pobliskich latarni odbijało się od białej karoserii auta. Mężczyzna poprawił płaszcz i już miał ruszyć w stronę domu, gdy z półmroku wyłoniła się mieszkająca w okolicy kobieta.

— Pamiętasz mnie? — zapytała z uprzejmym uśmiechem. — Spotkaliśmy się dziś rano.

Engin przyjrzał jej się uważniej.

— Tak, przypominam sobie.

Reklama

Kobieta podeszła bliżej. Mówiła spokojnie, ale w jej głosie pobrzmiewała ciekawość, która od razu wzbudziła w Enginie czujność.

— Czy jesteś zadowolony z dziewczyny, która dla ciebie pracuje? Jak ona miała na imię? Sila, prawda?

Spojrzenie Engina stwardniało.

— Skąd zna pani Silę?

— Pytałam o nią tu i tam — odparła swobodnie. — Mówią, że to miła i rozsądna dziewczyna. A skoro pracuje u tak porządnego człowieka, musi być dobrze wychowana, prawda?

— Nie bardzo rozumiem, dlaczego pani o nią wypytywała. Jeśli chodzi o pracę, Sila nie chodzi do innych domów.

— Nie, nie o pracę mi chodzi — wyjaśniła szybko kobieta. — Nie zatrzymywałabym cię o tej porze z takiego powodu. Wygląda na to, że ta dziewczyna nie ma nikogo. A ja, mówiąc wprost, mam dla niej kogoś odpowiedniego.

Engin uniósł brwi. Przez chwilę milczał, jakby próbował upewnić się, czy dobrze zrozumiał jej intencje.

— Z tego, co wiem, Sila nie planuje małżeństwa — powiedział ostrożnie. — Ale mogę jej przekazać.

— Nie mów tak, chłopcze. Małżeństwo to kwestia przeznaczenia, ale czasem trzeba temu przeznaczeniu trochę pomóc. Powiedz jej tylko, żeby się do mnie odezwała. Tutaj masz mój numer.

Reklama

Wyciągnęła w jego stronę małą karteczkę. Engin przyjął ją bez entuzjazmu.

— Dobrze. Przekażę jej.

— Cudownie. Nie zapomnij, dobrze? Miłego wieczoru.

Kobieta odeszła z zadowoleniem, jakby właśnie załatwiła coś bardzo ważnego. Engin został przy samochodzie i przez chwilę patrzył za nią w milczeniu. Dopiero po kilku sekundach schował karteczkę do kieszeni płaszcza.

Z jego twarzy trudno było odczytać, co dokładnie myślał, ale jedno było pewne: nie wyglądał na człowieka, którego ta rozmowa ucieszyła.

***

Hancer nosi Cihana Gurura na rękach. Cihan siedzi na kanapie i obserwuje to z uśmiechem.

Reklama

Hancer nosiła Cihana Gurura po salonie, kołysząc go lekko w ramionach. Malec, jeszcze niedawno niespokojny i zapłakany, teraz uspokoił się zupełnie. Patrzył na nią szeroko otwartymi oczami, gaworzył cicho i reagował uśmiechem na każdy jej gest. W ciepłym świetle lampki, na tle ciężkich zasłon i miękkiej kanapy, scena wyglądała niemal rodzinnie.

Po chwili Hancer usiadła na różowej sofie naprzeciwko Cihana, wciąż trzymając dziecko przy sobie.

— Kiedy zmieniłeś mu pieluszkę? — zapytała.

— Tuż po tym, jak zjadł.

— Dobrze. Teraz jego żołądek będzie pracował. Zmienię mu pieluchę, a ty możesz pójść do kuchni. Jest herbata, jeśli chcesz.

Cihan poszedł w stronę kuchni, ale zatrzymał się tuż za progiem. Odwrócił głowę i oparł się lekko o futrynę. Nie potrafił oderwać wzroku od Hancer, która z taką naturalnością i czułością zajmowała się jego synem. W jej ramionach Cihan Gurur wyglądał bezpiecznie. Spokojnie. Tak, jakby od zawsze znał jej dotyk.

Cihan wrócił do salonu i stanął przed nią.

— Przywiązałaś go do siebie tak samo, jak przywiązałaś mnie — powiedział cicho. — Nie potrafi wytrzymać bez ciebie nawet minuty.

Hancer spojrzała na niego wzruszona. Powoli uniosła dłoń i dotknęła jego policzka. Cihan nakrył jej rękę swoją. Przez dłuższą chwilę trwali nieruchomo, zapatrzeni w siebie, jakby cały świat wokół nich przestał istnieć.

Reklama

Cihan nakrywa swoją dłonią drugą dłoń, która obejmuje jego policzek.

— Cihanie!

Głos Hancer wyrwał go z zamyślenia. Zamrugał i zorientował się, że nadal stał przy futrynie. Wszystko, co przed chwilą zobaczył, wydarzyło się wyłącznie w jego głowie.

Reklama

Wrócił do salonu, próbując ukryć zakłopotanie.

— Możesz mi podać pieluszkę tetrową? — poprosiła Hancer. — Trochę mu się ulało.

Cihan sięgnął do torby, z którą przyszedł do starego domu. Wyciągnął biały materiał i ostrożnie otarł buzię chłopca, a potem plamę na bluzce Hancer.

— Przepraszam — powiedział z niepewnym uśmiechem.

— Spokojnie. To tylko mleko. Najważniejsze, że jemu jest już lżej. Reszta nie ma znaczenia.

Cihan patrzył na nią z wdzięcznością.

— Dziękuję, Hancer. Nie uspokoiłbym go, gdyby nie ty. Szczerze mówiąc, w rezydencji bałem się, że udusi się od płaczu. Nie wiedziałem, co robić.

— Opieka nad dzieckiem nie jest łatwa — odparła łagodnie. — Taka bezbronna istota jest całkowicie zależna od ciebie. Człowiek cały czas żyje w strachu. Ja pewnie co chwilę sprawdzałabym w nocy, czy oddycha.

— Ja też to sprawdzam — przyznał Cihan. — Wierz mi.

Na moment znów zapadła cisza. Ich spojrzenia spotkały się ponad główką dziecka. Było w tym spojrzeniu coś ciepłego, kruchego i niebezpiecznie bliskiego. Oboje szybko spuścili wzrok, jakby bali się, że ta chwila zdradzi za dużo.

— Zaparzę herbatę — powiedział w końcu Cihan. — Ty też chcesz?

— Jasne.

Reklama

Ruszył do kuchni, a Hancer odprowadziła go wzrokiem. W jej ramionach Cihan Gurur poruszył się lekko i wtulił w nią spokojnie, jakby właśnie tam znalazł najbezpieczniejsze miejsce.

Hancer trzyma dziecko na rękach. Z uśmiechem patrzy na Cihana.

Reklama

***

Cihan postawił na małym taborecie dwie szklanki gorącej herbaty. W salonie panował półmrok. Za ciężkimi, brązowymi zasłonami zapadł już wieczór, a miękkie światło odbijało się od jasnej podłogi i różowej kanapy. Hancer chodziła powoli po pokoju, tuląc Cihana Gurura do piersi. Malec był owinięty puszystym kocykiem i spał spokojnie w jej ramionach.

— W domu jest chłodno. Przykryjmy cię trochę lepiej — szepnęła, poprawiając materiał wokół dziecka.

Cihan usiadł na szarej kanapie i patrzył na nią z czułością, której nie potrafił już ukryć.

— Daj mi go, jeśli jesteś zmęczona, i napij się herbaty.

Hancer nie odpowiedziała od razu.

„Chciałabym, żebyś mówił to samo o naszym dziecku” — pomyślała, kołysząc malca jeszcze delikatniej. — „Żebyś przyjął je z tym samym współczuciem. Z tym samym ojcowskim sercem”.

— Zasnął — odparła cicho. — Śpi. Nie przeszkadzajmy mu teraz.

Cihan opuścił wzrok na szklankę herbaty, ale myślami był zupełnie gdzie indziej.

„Chciałbym, żeby Cihan Gurur był naszym synem” — pomyślał. — „Oddałbym za to wszystko. A teraz? Odsunęliśmy się od siebie tak bardzo, że proszę cię o pomoc przy moim dziecku. Dajesz nam troskę, która powinna być naszą wspólną troską”.

Hancer zatrzymała się przy kanapie i spojrzała na śpiącego chłopca. Na jej twarzy pojawił się łagodny uśmiech.

Reklama

— Zobacz, jak słodko śpi — szepnęła, żeby go nie obudzić. — Jak aniołek.

— Jak ty — wyrwało się Cihanowi.

Tym razem nie próbował cofnąć tych słów. Patrzył na nią spokojnie, z delikatnym uśmiechem, jakby przez krótką chwilę pozwolił sobie zapomnieć o wszystkim, co ich dzieliło.

Hancer spuściła wzrok na dziecko. Zawstydzenie przemknęło po jej twarzy, ale nie potrafiła ukryć ciepła, które pojawiło się w jej spojrzeniu. Cihan Gurur poruszył się lekko w jej ramionach, a ona przytuliła go mocniej, jakby w tym małym, śpiącym dziecku znalazła namiastkę życia, którego sama tak bardzo pragnęła.

***

Mukadder cicho weszła do rezydencji. Trzymała dłoń przy twarzy, jakby sam dotyk mógł ukryć ślad po tym, co wydarzyło się w szpitalnej sali. Nie rozglądała się na boki, nie chciała nikogo spotkać. Z czarną torebką przyciśniętą do siebie przemknęła przez hol i niemal bezszelestnie weszła po schodach.

Dopiero w swoim pokoju pozwoliła sobie odetchnąć. Zdjęła płaszcz, narzuciła szlafrok i stanęła przed dużym, ciężkim lustrem. Przez chwilę patrzyła na własne odbicie tak, jakby widziała obcą kobietę. Blada twarz, zaczerwienione oczy, roztrzęsione dłonie. Powoli odsunęła rękę od policzka.

Od skroni w stronę kości policzkowej ciągnął się wyraźny, sinofioletowy ślad. Pamiątka po uderzeniu o ramę łóżka, gdy Metin zacisnął palce na jej szyi i rzucił się na nią z bólem, którego przez lata nie potrafiła już uciszyć.

Mukadder dotknęła siniaka opuszkami palców. Skrzywiła się, ale nie od bólu fizycznego. Ten był niczym w porównaniu z ciężarem winy, który nagle przygniótł ją całym swoim ogromem.

Reklama

Łzy spłynęły jej po policzkach. Najpierw cicho, bezgłośnie. Potem coraz szybciej, coraz bardziej rozpaczliwie. Przycisnęła dłoń do ust, próbując zdusić szloch, lecz tym razem nie była w stanie nad sobą zapanować.

— Zasłużyłam na to — wyszeptała przez łzy. — Mój pierworodny syn… Wyrządziłam ci wielką krzywdę.

Głos załamał jej się na ostatnich słowach. Mukadder oparła się o toaletkę i pochyliła głowę, jakby dopiero teraz naprawdę zobaczyła cenę własnych decyzji. W pustym pokoju rozległ się jej zduszony, bolesny płacz.

Mukadder dotyka swojego policzka. Na wysokości skroni widoczny jest sinofioletowy ślad. Jej twarz ma zbolały wyraz.

Reklama

***

Beyza wróciła do domu jeszcze bardziej wycieńczona niż poprzedniego dnia. Weszła do niewielkiego salonu ciężkim krokiem, jedną ręką przytrzymując się za odcinek lędźwiowy. Była blada, rozdrażniona i obolała. Na twarzy miała grymas człowieka, który ostatkiem sił dotarł do miejsca, gdzie mógł wreszcie upaść.

— Gulsum, pomóż mi zdjąć płaszcz — jęknęła. — Nie mogę ruszyć ręką. Jestem jak martwa.

Gulsum podeszła do niej bez słowa, ściągnęła z niej płaszcz i odłożyła go na łóżko stojące z boku pokoju. Beyza niemal natychmiast opadła na turkusową kanapę. Wyciągnęła nogi, odchyliła głowę na poduszkę i zamknęła oczy, jakby każdy oddech sprawiał jej ból.

Beyza leży na turkusowej kanapie. Yonca i Gulsum stoją.
Zbliżenie na leżącą na kanapie Beyzę. Na jej twarzy maluje się cierpienie.

Chwilę później do salonu weszła Yonca. W przeciwieństwie do dwóch pozostałych kobiet wyglądała na pełną energii. Rozejrzała się po pokoju, po czym usiadła na drugiej części narożnej kanapy, swobodnie, niemal po królewsku, jak pani domu, która wróciła tylko po to, by ocenić pracę służby.

Reklama

— Czy kolacja jest gotowa, Gulsum? — zapytała.

— Tak, pani Yonco — odpowiedziała pokojówka zmęczonym głosem.

— A dom? Posprzątałaś?

Gulsum z trudem powstrzymała westchnienie.

— Umyłam okna, drzwi, wszystko… Plecy mam dosłownie połamane.

— Nie wspominaj mi o plecach — jęknęła Beyza, nawet nie otwierając oczu. — Umieram z bólu.

Yonca spojrzała na nie z mieszaniną politowania i złośliwej satysfakcji.

— Och, jakie wy wszystkie jesteście delikatne — rzuciła. — A to przecież dopiero początek waszej pracy dla mnie. Co z tobą, Gulsum? Dlaczego tak trudno ci utrzymać porządek w tak małym domu, skoro wcześniej miałaś na głowie wielką rezydencję?

— Jest mały, ale zaniedbany — odparła cicho Gulsum. — Wygląda na to, że od dawna nikt tu porządnie nie sprzątał.

Uśmiech zniknął z twarzy Yoncy.

— Sama obejrzę dom i ocenię twoją pracę. Wtedy zdecyduję, czy zasłużyłaś na kolację.

Podniosła się i wyszła z salonu, zostawiając za sobą ciężką, duszną ciszę.

Reklama

Gulsum usiadła na brzegu łóżka i nachyliła się w stronę Beyzy.

— Ta kobieta wykorzystuje mnie jak niewolnicę — szepnęła z goryczą. — Mam harować cały dzień jak osioł za łóżko do spania i talerz zupy? Porozmawiaj z nią. Przekonaj ją, żeby płaciła mi pensję. Przecież musi mi dawać jakieś pieniądze.

Beyza, nie podnosząc głowy z poduszki, skrzywiła się z irytacją.

— Cały czas brzęczysz mi nad głową, Gulsum. Nie mogę już tego znieść. Przez cały dzień miałam do czynienia z szalonymi kobietami, a teraz jeszcze z tobą muszę się użerać. Jeśli ci się nie podoba, drzwi są tam.

Gulsum zamilkła. Spojrzała najpierw na wyczerpaną Beyzę, potem na wyjście, za którym zniknęła Yonca, i pokręciła głową z rozpaczą.

— Boże… zostałam z dwiema wariatkami — mruknęła pod nosem. — Pomóż mi…

***

Engin stał przy stole w jasnym, chłodno urządzonym salonie połączonym z kuchnią. Jedną dłonią opierał się o oparcie szarego krzesła, drugą trzymał przy biodrze, jakby od kilku minut próbował zebrać myśli. Błękitne ściany, biała jadalnia i rząd pomarańczowych foteli nadawały wnętrzu spokojny charakter, ale jego twarz zdradzała napięcie.

Sila zatrzymała się obok niego. Miała na sobie jasnoniebieski sweter z szerokim kołnierzem i granatową spódnicę. Skrzyżowała ręce na piersi i przyjrzała mu się uważnie.

— Co się stało? Jesteś zamyślony.

Reklama

Engin drgnął lekko, jakby dopiero teraz uświadomił sobie jej obecność.

— Nie, nic mi nie jest. Tylko… pamiętasz te kobiety, które spotkaliśmy dziś rano? Pytały nas o adres.

— Tak, pamiętam.

— Jedną z nich spotkałem później na ulicy. Pytała o ciebie. Powiedziała, żebyś do niej zadzwoniła, kiedy będziesz wolna. Zostawiła swój numer. — Wyciągnął z kieszeni małą karteczkę i podał ją Sili. — Chce z tobą porozmawiać. Wygląda na to, że mają dla ciebie jakiegoś kandydata na męża.

Sila spojrzała najpierw na karteczkę, potem na niego.

— I co jej powiedziałeś?

— Co mogłem powiedzieć? Nic. Po prostu włożyła mi to do ręki. Spełniłem swój obowiązek i ci przekazałem.

— Myślisz, że powinnam zadzwonić?

Engin odsunął krzesło i usiadł przy stole. Przez chwilę patrzył na telefon, który trzymał w dłoni.

Sprzeciwiłaby się, gdyby tego nie chciała — pomyślał. — Skoro pyta, to znaczy, że nie ma nic przeciwko. Chce tylko usłyszeć moje zdanie z grzeczności.

Wzruszył ramionami, starając się ukryć ukłucie zazdrości.

— Zadzwoń, jeśli chcesz. Dla mnie to żaden problem.

Reklama

Sila zacisnęła usta, jakby ta odpowiedź zabolała ją bardziej, niż chciała przyznać.

— Wolałam zapytać. Na wypadek, gdybyś miał coś przeciwko.

— Dlaczego miałbym mieć?

Och, wygłupiłam się — pomyślała z irytacją. — Wkurza mnie, że nie jest o mnie zazdrosny. A przecież i tak nie możemy być razem. Nie mam prawa dawać mu nadziei. W moim życiu nie ma miejsca na miłość.

Podrapała się nerwowo za uchem i spuściła wzrok.

— No cóż… ja tu pracuję. Może ci przeszkadzać, jeśli ktoś przyjdzie w takiej sprawie. Jesteś moim szefem, dlatego chciałam zapytać.

Engin uniósł na nią spojrzenie. Przez moment wyglądał tak, jakby chciał powiedzieć coś zupełnie innego, ale zaraz opanował się i odwrócił twarz.

— Nie. Dlaczego miałoby mi przeszkadzać? Zadzwoń i niech przyjdą jutro. Nie przegap takiej okazji.

Sila przez chwilę milczała.

— Ja… nie wypada mi dzwonić. Może ty zrobisz to za mnie?

Engin zacisnął palce na telefonie.

— Masz rację. Lepiej, żebym ja zadzwonił.

Wybrał numer z karteczki. Sila stała obok z założonymi rękami, próbując udawać obojętność. Engin mówił spokojnie, niemal oficjalnie:

Reklama

— Dobry wieczór, z tej strony adwokat Engin Onder. Rozmawiałem z Silą. Jutro rano będziemy mieli czas na spotkanie. Do zobaczenia.

Rozłączył się. Sila bez słowa ruszyła w stronę swojego pokoju. Dopiero gdy zniknęła za drzwiami, Engin oparł łokieć o stół, przesunął dłonią po brodzie i utkwił wzrok w pustej przestrzeni.

— Brawo, Enginie — powiedział do siebie ciężko. — Oddajesz ją własnymi rękami.

Engin trzyma się za brodę. Ma zamyślony wyraz twarzy.

Reklama

***

Beyza i Gulsum leżały bez sił na turkusowej kanapie w małym salonie. Obie wyglądały, jakby praca u Yoncy wycisnęła z nich resztki energii. Beyza, jeszcze poprzedniego dnia pełna dumy i wyniosłości, teraz była blada, potargana i obolała. Jej włosy, zwykle starannie ułożone, opadały na ramiona w nieładzie. Były splątane, suche na końcach i pozbawione dawnego blasku. Nawet wzorzysta, panterkowa bluzka nie ratowała już jej wyglądu.

Nagle poderwała głowę i spojrzała na swoje dłonie. Zamarła.

— Moje ręce! — krzyknęła, wyciągając je w stronę pokojówki. — Gulsum! Co mi się stało?

Jej dłonie były zaczerwienione, poranione i spękane od sprzątania. Na knykciach oraz przy palcach widać było drobne ranki i otarcia, z których sączyła się krew. Skóra wyglądała tak, jakby nie miała już siły znosić detergentów, szorowania i zimnej wody.

Beyza zauważa krew na swoich dłoniach.
Zbliżenie na zaczerwienione, spękane dłonie Beyzy.

Reklama

Na Gulsum ten widok nie zrobił jednak większego wrażenia. Znała go aż za dobrze z własnego doświadczenia.

— Nie bój się, to normalne u osób, które pracują — odparła spokojnie. — Moje są takie same, spójrz. Ale masz rację, tak nie może być. Pani Yonca musi kupić nam rękawiczki.

Beyza wpatrywała się w swoje dłonie z narastającym przerażeniem.

— O Boże… Jak moje ręce mogły tak skończyć? Jak mogą wyglądać tak samo jak ręce służącej?

— No cóż, teraz ty też jesteś pracownicą…

— Nie! — zaprotestowała natychmiast. — Jestem Beyza Develioglu!

— Oczywiście, pani Beyzo. Nawet rozczochrane włosy nie umniejszają twojej elegancji.

Beyza odruchowo chwyciła się za włosy. Dopiero wtedy poczuła, jak bardzo były splątane. Pasma wymykały się we wszystkie strony, końcówki były rozdwojone, suche i matowe. Włosy, z których zawsze była dumna, wyglądały teraz tak, jakby od dawna nie widziały ani szczotki, ani odżywki.

— O nie… — jęknęła z rozpaczą. — Nie jestem kimś, kto wychodzi z domu w takiej fryzurze. Boże, co za wstyd…

— Powinnaś kupić sobie tańsze ubrania — doradziła Gulsum. — To, co masz na sobie, jest porządne i markowe. Szkoda niszczyć takie rzeczy przy sprzątaniu. Och, pani Beyzo, jesteś bardzo blada. Nie odżywiasz się prawidłowo. W kuchni jest tylko bulgur, ziemniaki i tani ser w lodówce. Nic więcej nie ma.

Reklama

— Dość, zamknij się! — wybuchła Beyza, tracąc resztki cierpliwości. — Nie zniosę dłużej takich warunków. Muszę jakoś wrócić do rezydencji.

Gulsum uśmiechnęła się pod nosem.

— Jak, pani Beyzo?

— Zadzwoń do Fadime. Dowiedz się, co dzieje się w rezydencji.

— Nie mogę. Pan Cihan musiał ją ostrzec. Ona też do mnie nie dzwoni. Czy nie lepiej, jeśli ty zadzwonisz do pani Mukadder? Takie sprawy chyba załatwia się u samej góry.

Beyza zmarszczyła brwi, a jej twarz przybrała wyraz nieznoszący sprzeciwu.

— Chcesz wrócić ze mną do rezydencji? Więc słuchaj mnie i zadzwoń do Fadime.

Gulsum wybrała numer. Raz, drugi i trzeci. Za każdym razem bez skutku.

— Tak jak mówiłam. Pan Cihan musiał ją ostrzec. Nie odbierze ode mnie.

— W takim razie zadzwoń do Aysu.

— Proszę, nie mieszajmy w to Aysu. Ona jest jeszcze gorsza.

— Masz rację, nic nam nie powie. Zadzwoń więc do Oktaya. Albo jak mu tam. Włącz głośnomówiący i nie mów, że tu jestem.

Gulsum niechętnie wykonała polecenie. Oktay odebrał niemal od razu.

— Dobry wieczór, Gulsum. Co słychać? Znalazłaś już pracę?

Reklama

— Cóż… na razie mieszkam u przyjaciółki i trochę odpoczywam. A co u was? Czy wszyscy mają się dobrze? Dzwoniłam do Fadime, ale nie odbiera.

— Fadime jest w bardzo złym stanie. Melih wrócił na statek bez pożegnania. Pan Cihan dał jej trochę czasu, żeby doszła do siebie.

— Zapytaj o Hancer — szepnęła Beyza. — Czy pojechała z nim.

Gulsum odchrząknęła.

— Ach, biedna Fadime… Nie ma szczęścia do tego syna. Pewnie pojechał razem z żoną, prawda?

— Jak miał ją zabrać? Przecież spędzi na morzu długie miesiące. Pani Hancer została sama w domu.

— Dobrze, panie Oktayu, będę kończyć. Pozdrów Fadime, kiedy ją zobaczysz. Do usłyszenia.

Gulsum rozłączyła się. Beyza, choć obolała i upokorzona, nagle odzyskała czujność. Wolno pokręciła głową, a w jej oczach pojawił się dawny błysk.

— Spójrz tylko na tę ślicznotkę ze slumsów — syknęła. — Potrafi zamienić każdy kryzys w szansę. Chce zabrać mi Cihana. Ale mam umowę w rękach. I to ja na końcu wygram.